piątek, 22 marca 2013

Sport

Nasi przegrali z Ukrainą 3:1. Totalna klapa, ale zasłużona. Nie było na boisku żadnego wyróżniającego polskiego zawodnika. Ruszali się jak muchy w smole. Pomocnicy prawie stali w miejscu, obrona zawodziła, a napastnicy niewiele mogli zrobić. Ukraińcy też nie zachwycali swoją grą, ale z naszą pomocą uzyskali niezły rezultat.


Dobrze, że chociaż nasi skoczkowie spisali się jak należy w Planicy. Trzecie miejsce żyły oraz dobre rezultaty Kota i Stocha zdecydowanie podnoszą nasze notowania przed jutrzejszym konkursem drużynowym. Żyła ostatnio skacze świetnie, aż miło popatrzeć.


Wreszcie mamy drużynę skoczków. Jest to pokłosie wspaniałych występów Małysza. Dzięki niemu poszły pieniądze na skoki i wychowało się kilku młodych, dobrych zawodników. Medal w Val di Fiemme nie był przypadkiem. Ci chłopcy na niego zasłużyli. 

środa, 20 marca 2013

Swarożyc

SY "Swarożyc" to jednostka historyczna, znana z rejsu na Spitsbergen pod kap. Listkiewiczem. 


Jednak mnie zawsze będzie kojarzyć się z rejsem do Leningradu (obecnie Sankt Petersburg). Zanim wypłynęliśmy całą zimę i wiosnę remontowaliśmy jacht stojący w hangarze w przystani Twierdza Wisłoujście. 


Był to rok 1975 i 1976. W pobliżu przystani znajdował się port przeładunkowy Siarkopolu, tak więc przy odpowiednim kierunku wiatru zawiewało siarką do przystani i po całym dniu pracy na jachcie wracaliśmy do akademika z oczami czerwonymi jak u królików. Praca polegała na wyczyszczeniu i ponownym pomalowaniu jachtu oraz na pełnym przygotowaniu go do żeglugi w zamian za bezpłatne wyczarterowanie go na rejs. 
Większość załogi stanowili studenci oceanografii - ja, Basia, Ulka, Marek, Roman i Leszek, ponadto był z nami Marek z geografii, Lech asystent na fizyce, Klimek z prawa oraz Kapitan. Wypłynęliśmy w czerwcu 1976 roku. Był to wyjątkowo wietrzny czerwiec. Przez cały rejs mieliśmy bardzo dużą falę. Oczywiście jeszcze na Zatoce Gdańskiej oddaliśmy hołd Neptunowi. Najbardziej chorowała Basia, ale po przespaniu się w koi choroba morska odeszła w siną dal. Już na drugi dzień namierzyli nas Rosjanie i chyba przez całą drogę mili nas na oku. 
Płynęliśmy często wzdłuż brzegu, ale były i takie dni, gdy dookoła widoczny był tylko horyzont nieskażony żadnym kawałkiem lądu. 


U wejścia do Zatoki Ryskiej minęliśmy dwie wyłaniające się z gęstej mgły wyspy - były to Huma i Sarema - i wpłynęliśmy na Zatokę Fińską. W połowie tejże leży wyspa Gogland - wysoka, o stromych klifowych brzegach robi ogromne wrażenie wyłaniając się z morza. My oglądaliśmy ją we mgle wczesnego poranka. 


Następnie minęliśmy Kronsztad, na którym Rosjanie mieli wtedy największą na Bałtyku bazę marynarki wojennej.


Po pięciu dniach żeglugi wpłynęliśmy do portu w Leningradzie. Po spełnieniu formalności związanych z przypłynięciem do Związku Radzieckiego mogliśmy przybić do kei w przystani jachtowej. I tu  przywitało nas ogromne rozczarowanie - brak ciepłej wody w łazienkach, a że lato było dość chłodne zimna kąpiel nie należała do przyjemnych. Za to miasto białych nocy stało przed nami otworem. Oczywiście zaraz pierwszego dnia wyruszyliśmy na zwiedzanie. Klimek z poprzedniego rejsu miał numer pewnej Rosjanki  która zgodziła się oprowadzić nas po mieście. Pokazała nam Ermitaż i mszę w cerkwi oraz dzielnicę, z której wywieziono wszystkich prawie mieszkańców, bo odważyli się zakwestionować coś w ustroju socjalistycznym. Smutny to był widok - ogromne wieżowce zupełnie puste i brak ludzi na ulicach. Białe noce pozwoliły nam oglądać miasto także w nocy - tak oglądaliśmy cmentarz Piskariowskij poświęcony ofiarom blokady miasta w czasie II wojny.  Pięknie położony był dom Puszkina nad jednym z kanałów. Zresztą słusznie nazwano to miasto Wenecją północy - tak wiele w nim kanałów. Wrażenie robi duża ilość mostów zwodzonych, które otwiera się tylko w określonych godzinach w nocy. Piękny jest też Miedziany Jeździec. Oczywiście czas jaki spędziliśmy w Leningradzie był zbyt krótki żeby poznać to miasto - zaledwie kilka dni - ale ogólne wrażenie nie było zbyt pozytywne. Piękne pozłacane fasady i brudne, cuchnące podwórka. Kiedyś w busiku rozmawialiśmy ze starszym mężczyzną z Kazachstanu. Dowiedzieliśmy się od niego, że aby on mógł zobaczyć Leningrad jego syn musiał zrezygnować z wyjazdu do Moskwy. Nie mogli jednocześnie opuścić Kazachstanu - nie dostali paszportów w tym samym czasie. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że przemieszczanie się z republiki do republiki było możliwe tylko z paszportem, który był wydawany na czas określony.





Gdy wypływaliśmy z Leningradu zaczynał się sztorm. Ledwie wypłynęliśmy za główki portu, znajdujące się na końcu dość daleko wychodzącego w Zatokę, obudowanego falochronem kanału żeglugowego, z płynącego naprzeciwko holownika dostaliśmy ostrzeżenie o sztormie 9 w skali Beauforta i radę by zawracać. Zawróciliśmy więc i zatrzymaliśmy się za półkolistą ostrogą falochronu przy samym jego końcu. Powrót do miasta wiązałby się z ponownymi formalnościami związanymi z odprawą. Staliśmy tam trzy dni  i wtedy Rosjanie stracili nas z oczu. Oczywiście nie na długo, bo gdy znów wypłynęliśmy na Zatokę Fińską, po ustaniu sztormu, podpłyną do nas statek straży granicznej z pytaniem gdzieśmy się podziewali. Nasz Kapitan nieznający w ogóle rosyjskiego odpowiedział "My stali tri dnia kiele falochrona". Może Rosjanie to zrozumieli, ale my mieliśmy niezły ubaw.
Drugi postój mieliśmy w Tallinnie. Stolica Estonii jest bardzo pięknym miastem. Starówka Tallinnu  robi jeszcze większe wrażenie niż starówka Gdańska. Ma trochę średniowieczny charakter. Zdecydowanie bardziej podobało mi się to miasto niż Leningrad. 



Z Tallinnu wyruszyliśmy na zachód by od zachodniej strony opłynąć Gotlandię. Nie mieliśmy wizy szwedzkiej, a więc nie mogliśmy wpłynąć do Visby. Obejrzeliśmy więc sobie ten port tylko z morza. Ładnie wyglądał, choć tylko przez lornetkę można było zobaczyć coś więcej.



Opłynęliśmy Gotladię i skierowaliśmy się na południe. Jeszcze przy Gotlandii mieliśmy całkiem jasną noc a następna była już zupełnie ciemna, zwłaszcza, że było deszczowo i pochmurno. Ale widok Rozewia wzbudził w nas wspaniałe uczucie powrotu. Na wysokości Rozewia spotkaliśmy polskich rybaków, którzy rzucili nam na pokład kilka świeżo złowionych ryb - w życiu nie jadłam tak dobrych ryb. Nie tylko świeżość podkreślała ich smak - także miesiąc puszkowego jedzenia zrobił swoje. 


Po miesiącu rejsu wpłynęliśmy wczesnym rankiem do Gdyni, która z morz prezentuje się wspaniale. Był to rok 1976 i dopiero w porcie dowiedzieliśmy się o wydarzeniach w Radomiu i Ursusie. Beztrosko zostawiliśmy wszystkie zapasy tym, którzy przejmowali po nas jacht. Potem dowiedzieliśmy się o problemach z zaopatrzeniem i kartkach na cukier. Rejs był wspaniały, "Swarożyc" dzielny a my pełni wrażeń rozjechaliśmy się do domów. Szkoda, że to się nie wróci.

poniedziałek, 18 marca 2013

Znowu w domu

Wróciłam z Norwegii. Tam była zima, ale i u nas nie lepiej. W Kongsbergu przynajmniej nie wiało. Poza tym jak to w zimie - śnieg, mróz i marcowe ciepłe słońce. Rzeka skuta lodem - jedynie tam gdzie bystrza i spiętrzenia płynąca woda. 


Uliczki w mieście utrzymane dość dobrze, choć w większości białe, często oblodzone tak, że jedynie buty z kolcami dają jako taką możliwość bezpiecznego przemieszczania się. Rozumiem teraz, dlaczego Jacek zaopatrzył swój rower w opony zimowe. Do posypywania najbardziej śliskich miejsc Norwedzy używają drobnego tłucznia skalnego. Kamyczki te wbijają się w podeszwy butów i chrzęszczą pod stopami. 
Pogodę mieliśmy piękną. Tylko jeden dzień był na tyle zimny i wietrzny, że nie mogliśmy wyjść z domu. Przez większość czasu świeciło słońce. Nawet w te dni, gdy padał śnieg momentami przecierało się zza chmur. Mimo, że noce były mroźne - nawet do 18 stopni - w dzień było blisko zera i dość ciepło. Hirek nawet z lekka opalił sobie twarz. Wychodziłam więc codziennie z Hirkiem na spacery, czasami nawet dwa razy. Jedynie zdjęcia trudno było robić, bo najczęściej Hirek chodził pieszo i nie mogłam wypuścić jego rączki. W okolicach Jacka mieszkania nie ma dobrego miejsca na spacery - trzeba chodzić bo uliczkach, na szczęście niezbyt ruchliwych.



 Ładnie prezentował się stok narciarki świetnie widoczny z części miasta, w której mieszka Jacek. Prawie całe popołudnie i wieczór rzęsiście oświetlony doskonale był widoczny z daleka.


Dla mnie był to dosyć męczący urlop, bo musiałam zajmować się Hirkiem bez przerwy. Od rana    do wieczora zmuszał do  zainteresowania się jego osóbką, a w nocy wiercił się i nie dawał mi spać. Tęsknotę za rodzicami objawiał niegrzecznym zachowywaniem się wobec Jasia i Jadzi i gryzieniem mnie. Wstawał bardzo wcześnie, w dzień nie chciał spać (a jak dwa razy zasnął w wózku na spacerze, to był problem z uśpieniem go wieczorem - dlatego wolałam chodzić z nim pieszo) i do wieczora nie można było spuścić go z oka. Jaś zaczyna już wstawać i gaworzy. Jadzia w przedszkolu zaczyna chwytać norweskie słówka i np. proszę mówi po norwesku, a nie po polsku. Dzieciaki są kochane.


środa, 6 marca 2013

Ble..ble..ble




Jutro, a właściwie w środku nocy wyjeżdżam z Hirkiem do Norwegii. Samolot startuje o 6.10. ale na lotnisku musimy być przed piątą. Wszystko już gotowe do wyjazdu. Boję się tylko tego budzenia Hirka w środku nocy. Potem  jakoś będzie. Myślę, że nie będzie zbyt marudny i wytrzyma te dziesięć dni bez mamy i taty. Jacek już nastawia się na wczesne wstawanie, żeby po nas wyjechać. Ciekawe jak zareaguje Jadzia. O Jasia się nie martwię, bo on jest zawsze uśmiechnięty. Oczywiście mamy dla obojga prezenty, żeby widziały, że babcia nie przyjeżdża z pustymi rękami. 


Lubię latać samolotem, zwłaszcza przy ładnej pogodzie, gdy mogę podziwiać świat z góry. Do Norwegii leci się nad Jez. Łebskim, można oglądać z góry wydmy w Łebie, potem nad Bałtykiem - z jednej strony widać końcówkę Oladndii i wiatraki wychodzące w morze - i Półwyspem Skandynawskim, a pod koniec nad Oslofiordem z widokiem na norweskie góry. Lądowanie na Oslo Torp nie jest zbyt ciekawe, bo lotnisko jest małe i daleko od norweskiej stolicy. Ciekawostką jest to, że ostatnio komunikaty czytają tam też po polsku. Widocznie tak wielu Polaków korzysta z tego lotniska. Kiedyś spotkałam tam nawet chłopaka z Pomlewa. 





Nie wiem czy u Jacka uda mi się zalogować na mojego bloga, dlatego nie wiem kiedy znów coś tutaj napiszę  Mam nadzieję, że nie będzie z tym żadnego problemu i na bieżąco będę mogła opisywać wrażenia z pobytu w Kongsbergu. Szalenie podoba mi się to miasteczko. Nie jest duże, nie ma w nim tłumów na ulicach, trochę  senne i takie jak ze skandynawskiej sagi w tej najstarszej części. Domki są najczęściej drewniane, z rzeźbionymi elementami, niskie często postawione na zboczu góry, tak że z jednej strony parterowe z drugiej mają piętro, a czasami nawet dwa lub trzy. Uliczki  - wąskie zawsze z górki lub pod górkę. Dominującym elementem jest rzeka - szeroka i wzburzona. 




Na pewno będę chodzić z Hirkiem na spacery, bo lubię chodzić po Kongsbergu. Zawsze podziwiam tamtejszych kierowców, którzy zatrzymują się przed przejściem dla pieszych nawet, gdy ja jeszcze nie wiem, czy chcę przejść przez ulicę. 
Już dość dawno sparafrazowałam dawne powiedzenie i twierdzę, że gdzie diabeł nie może, tam Polaka pośle. Ile razy byłam za granicą zawsze gdzieś spotykałam Polaków, a teraz jest ich zdecydowanie więcej w świecie niż kiedyś. Pamiętam w Leningradzie (obecnie w Sankt Petersburg) mimo, że potrzebne były wtedy zaproszenia i inne cuda niewidy spotkaliśmy dwie załogi jachtów. W Helsinkach w hotelu też w latach siedemdziesiątych spotkałyśmy dziewczyny z Warszawy - a w tedy do Finlandii, też nie było łatwo wyjechać. Na Litwie i Słowacji bez problemów można było dogadać się po polsku. W Bremie też spotkaliśmy Polaków na ulicy. W Norwegii jest ich bardzo dużo. W Kongsbergu zaczepili nas kiedyś na ulicy pytając o drogę do muzeum, a w górach z jednymi ucięłyśmy sobie z Bożeną pogawędkę. 

wtorek, 5 marca 2013

Jane Eyre

Oglądałyśmy z Basią najnowszą ekranizację "Jane Eyre" na podstawie powieści Charlotte  Bronte. Dobrze zrobiony film w stylu brytyjskim, a nie hollywoodzkim.


Film charakteryzują bardzo stonowane emocje. Nie ma w nim typowego dla amerykańskiej produkcji patosu i szarpaniny uczuć. Jest w sposób bardzo oszczędny pokazane wielkie uczucie. Na pewno spora w tym zasługa aktorów - główne role grają Mia Wasikowska i Michael Fassbender. Film został wyreżyserowany przez Fukunagę bez  nadmiernego epatowanie słowem czy gestem. W sposób niezwykle subtelny opowiada dzieje młodej dziewczyny - guwernantki i historię jej miłości do pracodawcy. Duże wrażenie zrobiły na mnie plenery.  Piękna jest posiadłość, w której dzieje się akcja filmu - zamek z przyległym tarasowym ogrodem. Niesamowite i budzące strach wrzosowiska, po których błąka się Jane po ucieczce. 


Tą wersję filmu polecam każdemu, naprawdę warto zobaczyć.



niedziela, 3 marca 2013

Pomlewo


Tu mieszkam od ponad trzydziestu lat.  Pomorska wieś położona ok. 25 km na południowy -zachód od Gdańska. Nie jest to mała wieś. Od mojego domu rozciąga się ok. 2 km w każdą stronę. Charakteryzuje się luźną zabudową i licznymi nie zabudowanymi przestrzeniami.  Kiedyś wkoło rozciągały się pola uprawne, ale obecnie nie uprawiane od lat zarosły lasem. Samosiejki wyrosły już na duże drzewa i las mam prawie pod samym domem.  Oprócz młodników rosnących na ugorach Pomlewo otoczone jest ze wszystkich stron dużym lasem. 





Wieś nie jest malownicza. Zwykła wioska na Pojezierzu Kaszubskim. Wały morenowe, torfowiska i lasy bukowe. Do najbliższego jeziora jest ok. 3 km. Jadnak to w Pomlewie wybudowano Kozi Gród, czyli dość ekskluzywny hotel. Nie będę o nim pisać, bo zawsze można "wygooglować" wszystkie informacje o nim, a ja nie chcę robić reklamy. 

piątek, 1 marca 2013

Rak

Rak trzonu macicy (rak endometrium, łac. carcinoma endometrium, ang. endometrial cancer) – najczęstszy nowotwór złośliwy trzonu macicy. Dokładniej jest to rak błony śluzowej trzonu macicy. Epidemiologia Rak endometrium jest 4. pod względem zachorowalności nowotworem złośliwym u kobiet. Największa zachorowalność przypada na przedział 55–70 lat.
To mnie dopadło. Próbuję przeanalizować swoje reakcje na chorobę. Na początku chyba nie chciałam wierzyć, bo lekarz w Szpitalu Wojewódzkim jakoś, tak niejasno wyrażał się o wynikach histopatologicznych  z materiału pobranego w czasie łyżeczkowania. Wtedy jeszcze nie padło to najważniejsze słowo - rak. Jedynie lekarz przekonywał mnie o konieczności szybkiego zgłoszenia się na Kliniczną w celu ustalenia terminu operacji. Dopiero od lekarz na Klinicznej dowiedziałam się, co na prawdę wykryto w moim ciele i na czym konkretnie ma polegać operacja. Wtedy też został ustalony jej termin. 
No i dopiero od tego momentu zaczęło się wiele dziać w mojej głowie. Dominujący był oczywiście strach. Lekarz zaznaczył, że jest to raczej stadium początkowe ale dodał jednocześnie, że dokładnie będzie wiadomo dopiero po operacji. Oczywiście zaczęły przypominać mi się opowieści o tym, jak to kogoś miano operować, ale w trakcie zabiegu stwierdzono, że jest już za późno. Tego bałam się najbardziej. Bałam się także samej operacji, bo przecież nigdy nie byłam operowana, a w szpitalu (poza okresem bardzo wczesnego dzieciństwa) leżałam tylko tyle, co po porodach. Nie wiedziałam, jak zareaguję na znieczulenie, jak będę się czuła po operacji i jak będę reagować na ból. Bałam się leczenia pooperacyjnego. Zbyt wiele nasłuchałam się o skutkach chemii i radioterapii, żeby o ich ewentualnym zastosowaniu u mnie myśleć spokojnie.
Drugą prześladującą mnie w tym czasie myślą, było stwierdzenie, że zdradziło mnie własne ciało. Do tej pory byłam stosunkowo zdrowa. Zawsze chwaliłam się, że moja doskonała kondycja zdrowotna wynika z mieszania populacji. Mama pochodziła z Kalisza, tato z Podlasia, a więc nikłe były szanse na genetyczne predyspozycje chorobowe. I nagle dowiedziałam się, że mam raka. Jak moje ciało mogło mi to zrobić. Czym sobie na to zasłużyłam. Przecież dbałam o nie, starałam się kontrolować je co jakiś czas u różnych lekarzy, wykonywałam badania profilaktyczne i wszystko na nic. Mam raka i nie wiem, jak długo z nim pożyję. 
Potem zaczęłam czytać i wyszło, że to nie moje ciało mi, ale ja mojemu ciału, bo nadwaga jest czynnikiem sprzyjającym rozwojowi tego typu nowotworów  Ja przecież nie jestem chudzinką, a raczej grubą babą. Zbyt dogadzałam mojemu ciału i ono zbuntowało się przeciwko mnie. Jedynie mój tytoniowy nałóg, spowalniał rozwój rosnącej we mnie gadziny. I już przestałam mieć pretensje do swojego ciała. Mam to, co sama sobie wypracowałam.
Przez cały ten czas robiłam "dobrą minę do złej gry" i starłam się nie pokazywać po sobie, jak mnie to dręczy i jak się boję. Oczywiście zadziałał tu też mój wrodzony optymizm. Wierzyłam, że wszystko musi skończyć się dobrze, choć być może po długim leczeniu. W końcu w 75% rak ten jest wyleczalny, więc ja muszę być wśród tych 75%. Tak mówiłam wszystkim i tak starałam się wierzyć. Nie chciałam, żeby inni martwili się tym, że ja się boję. Wystarczającym powodem do zmartwień była sama choroba. 
Potem była operacja. Na sali pooperacyjnej czułam się raczej nieszczególnie, byłam osłabiona, wymiotowałam po narkozie i dość mocno bolała mnie rana pooperacyjna. Ćwiczenia w poruszaniu się i wstawaniu były dla mnie bardzo męczące. Jaszcze pierwsza noc na sali normalnej była dość ciężka, ale później już było co raz lepiej. Gdy operująca mnie lekarka powiedziała, że z zaplanowanego zabiegu nie wycięto mi węzłów chłonnych, bo były czyste, i że raczej nie będzie potrzebna dodatkowa terapia poczułam tak ogromną ulgę, że łzy popłynęły mi z oczu. Dopiero po tej rozmowie mogłam zadzwonić do Bożeny i Krystyny. Wcześniej nie byłam w stanie się przełamać. Od razu też poczułam się dużo lepiej i już następnego dnia mogłaby iść do domu. Oczywiście lekarze zatrzymali mnie jeszcze trochę w szpitalu, ale już czułam się zdrowa. Jedynie obiadów nie mogłam jeść, po prostu były nie jadalne. Zawzięcie spacerowałam po korytarzu, żeby nabrać sił. Z początku spacer w obie strony był bardzo męczący, ale za każdym razem było, co raz lepiej. Jednego dnia praktykantki mierzyły mi ciśnienie i temperaturę i uzyskał ciekawe wyniki - ciśnienie górne ok. 80, a temperatura nie wyświetlała się wcale. Ponieważ czułam się bardzo dobrze i wcześniej ani później nie było problemu z wynikami, myślę, że po prostu dziewczyny robiły to trochę nieumiejętnie. Uczyły się i miały prawo do błędów. Gdy dowiedziałam się, że idę do domu byłam szczęśliwa.
W tym poszpitalnym okresie najgorzej miała Basia, bo oprócz Hirka musiała zająć się jeszcze mną. Wiadomo - niewiele mogłam zrobić, rana pooperacyjna wciąż jeszcze była świeża i trzeba było zakładać na nią opatrunki, więcej leżałam niż chodziłam. Musiała palić w piecu, gotowa,  zmywać  sprzątać  a  jeszcze  na dokładkę  szykować  święta. Spisała  się n a  medal.
 I chwała jej za to. 
Jeszcze do końca grudnia musiałam robić sobie zastrzyki przeciw skrzepowe w brzuch i to chyba było najgorsze. Po trzech tygodniach od operacji odebrałam wynik i dowiedziałam się, że jest bardzo dobrze i żadne dalsze leczenie nie jest potrzebne jedynie systematyczna kontrola. Teraz czeka mnie tomograf i USG, oraz wizyta u ginekologa-onkologa. A potem zobaczymy, co wykażą badania. Jestem dobrej myśli. Oczywiście przez pięć lat muszę się mieć na baczności bo dopiero po tym okresie będzie można powiedzieć, że jestem wyleczona. 
Pozostanie mi po operacji paskudna blizna na brzuchu, ale jeżeli ma to być jedyna cena za usunięcie raka i zdrowie, to mogę ją polubić.
Usunięto mi wszystkie narządy kobiece. Niektóre kobiety twierdzą, że usunięcie ich powoduje, że przestają czuć się kobietami. Ja nie mam tego problemu. Przecież te narządy już nie były mi do niczego potrzebne. Usunięto mi źródło zagrożenia dla życia. I cieszę się, że tylko na tym się skończyło.  
Wiem, że będzie co raz lepiej!