piątek, 15 marca 2019

Znane i nieznane


Niewyjaśnione zagadki historii Polski
Romuald Romański

Trzeci tom cyklu Tajemnice historii wydanego przez DeAgostini i Bellonę

   Świetna książka pozwalająca poznać nam dziesięć tajemniczych wydarzeń, które nigdy nie zostały do końca rozwiązane. Wbrew tytułowi nie wszystkie dzieją się w Polsce, choć i o naszą historię zahaczają, jak choćby zagadka śmierci Napoleona Bonaparte, czy moskiewskiej przygody Maryny Mniszchówny. We wstępie autor zaznacza, że nie jest to praca naukowa, tylko felietony bazujące na faktach historycznych. Wydarzenia opisywane przez Romańskiego ułożone są w porządku chronologicznym. Niektóre z nich są powszechnie znane, jak choćby sprawa biskupa Stanisława, inne, przynajmniej dla mnie, są nowością - np. ukraińska Helena. Niemniej nawet te wydarzenia, które znam opisane są w sposób bardzo ciekawy, autor rzuca na nie zupełnie inne światło. Tak jest ze śmiercią arcyksięcia Rudolfa i Marii Vetsery. Z opisywanych wydarzeń najbardziej zaskoczyła mnie afera szpiegowska młodego Jana Kazimierza. Autor stara wyjaśniać, co w opisywanych wydarzeniach jest pewne, co mogło z różnych powodów zostać przeinaczone lub ukryte i co jest po prostu jego domysłem. Oczywiście wszystkie te domysły mają bardzo dużą dozę prawdopodobieństwa i tylko od nas zależy czy przyjmiemy je za wiarygodne. 
      Ostatnią opisywaną historią jest tajemnicze zniknięcie generała Zagórskiego w 1927 roku. W sprawie tej na plan pierwszy wysuwa się marszałek Piłsudski i jego wszech władza w Polsce po przewrocie majowym. Od razu skojarzyło mi się to z obecną wszechwładzą posła Kaczyńskiego i głośną aferą z Austriakiem w roli głównej. Podobnie jak w latach dwudziestych zdanie dyktatora i jego ludzi liczy się bardziej niż zeznania świadków oskarżenia, a prokuratura zamiast porządnie prowadzić śledztwo robi wszystko by odsunąć podejrzenia od najbardziej zaangażowanych w sprawę ludzi. Widocznie już tak jest w historii, że wszyscy dyktatorzy działają podobnie.

czwartek, 14 marca 2019

Szteklin - Rycerski Dwór


  

     Właściciela Rycerskiego Dworu  w Szteklinie poznałam na Kursie Komputerowym, który prowadziłam w Gdyni w ubiegłym roku. Pan Tadeusz zdecydowanie wyróżniał się w swojej grupie, nie tylko umiejętnościami obsługi komputera, ale i pasją z jaką opowiadał o swoich zainteresowaniach. Jest on bowiem członkiem Bractwa Rycerskiego i interesuje się szeroko pojętą kulturą średniowiecza. Opowiadał też o wybudowanych przez siebie domkach turystycznych o nazwie Rycerski Dwór. Po zakończeniu kursu musiałam uzupełnić podpisy, więc skorzystałam z zaproszenia pana Tadeusza i wraz z Jackiem pojechałam do Szteklina. Pierwsza wizyta sprawiła, że zachwyciłam się nie tylko miejscowością, ale i domkami pana Tadeusza i jego ofertą spędzenia wolnego czasu. (http://rycerskidwor.pl/)

Znalezione obrazy dla zapytania Szteklin
Modrzewiowy dwór w Szteklinie (wikipedia)
     

    Wieś Szteklin położona jest w powiecie starogardzkim nad jeziorem Szteklin, nie daleko Borzechowa. Do wsi prowadzi droga szutrowa, dość wąska, z kilkoma mijankami. Nie mieliśmy z Jackiem problemów, żeby tam trafić. We wsi znajduje się jeden ośrodek wypoczynkowy oraz zabytkowy dwór w rozległym parku. Niestety nie udało nam się zobaczyć ani dworu, ani parku, bo brama była zamknięta. Jest też sklep i ze dwie wypożyczalnie sprzętu wodnego. Nad jeziorem w centrum wsi znajduje się kąpielisko z pomostem, a obok plac zabaw dla dzieci i ciekawostka, kościół pod chmurką, w którym latem odbywają się nabożeństwa. Jedyną wadą tej urokliwej wsi jest masa komarów (może było ich tak dużo tylko w maju ubiegłego roku, ale były niesamowicie zajadłe).

Ja strzelam na stojąco,
    
a Jacek z Bułanka.
     Już pierwsza wizyta u pana Tadeusza sprawiła, że musiałam odwiedzić to miejsce raz jeszcze. Właściciel Rycerskiego Dworu oferuje liczne atrakcje i mnóstwo ciekawych opowieści. Przede wszystkim pan Tadeusz oferuje swoim gościom turniej łuczniczy oraz prezentuje różne rodzaje broni średniowiecznej. Można wziąć do ręki miecz lub halabardę i wysłuchać ciekawej opowieści na jej temat. Oczywiście skorzystaliśmy z Jackiem z zaproszenia i spróbowaliśmy swoich sił w łucznictwie - z różnym skutkiem, ale wcale nie najgorszym wynikiem. Ta pierwsza wizyta sprawiła, że postanowiliśmy spędzić w Szteklinie rodzinny weekend. Dobrą okazją wydał nam się Dzień Matki i na ten termin wynajęliśmy jeden z domków pana Tadeusza. Wraz z dziećmi było nas dziesięć osób czyli akurat tyle, by bez problemów zmieścić się w "rycerskim dworze". Ja, jako głowa rodziny, zajęłam oddzielną komnatę, a reszta  nocowała we wspólnej komnacie sypialnej na poddaszu. Dzieciom bardzo podobały się specyficzne zamki u drzwi - na sznurek. Domek jest drewniany, ale z pełnym wyposażeniem niezbędnym współczesnemu człowiekowi. Pierwsze, co rzuca się w jego wystroju wewnętrznym to mnóstwo książek o różnorodnej tematyce. Właściwie książki są wszędzie, więc musieliśmy pilnować żeby nasze maluch się do nich nie dorwały. W otoczeniu domku znajduje się mnóstwo zieleni, miejsce na ognisko i staw. Ten ostatni zmuszał nas do poświęcania szczególnej uwagi maluchom - dlatego nie polecam tego miejsca ludziom z dziećmi poniżej trzeciego roku życia. Natomiast dla starszych dzieciaków to na prawdę raj. Można tu niegrzecznych rodziców zakuć w dyby, a samemu rozgościć się przy ustawionym w ogrodzie stole i raczyć się wyciągniętą z lodówki colą. Myślę, że więcej niż mój opis powiedzą zamieszczone poniżej zdjęcia. Z góry przepraszam rodzinę, jeżeli ktoś się załapał na zdjęciu.

On sam zakuł się w dyby.

Karczma na wolnym powietrzu.

Wnętrz zdobią liczne tarcze herbowe.

Kuchnia jest przestronna i wyposażona w lodówkę oraz kuchenkę gazową.

Pod sufitem zawieszony konik - zabawka.

Pokój dzienny ze stołem na krzyżakach i ławami pod ścianą nawiązuje do średniowiecznego wystroju wnętrza.

Komninek, z którego można korzystać w chłodne dni.

Elementy zbroi pana Tadeusza. Wgniecenie na hełmie świadczy o ty, że potyczki rycerskie nie zawsze są bezpieczne. Zainteresowanym właściciel opowie, jak to wgniecenie powstało.

Długo zastanawialiśmy się jaka to część zbroi. Zgadliśmy.

Na ścianach prezentują się dawne sprzęty, fragmenty odzieży i święte obrazy.


Ilość sprzętów i ich rozmaitość jest bardzo duża.

Tam rezyduje kasztelan tych włości i tam zgromadzony jest jego arsenał.

Rycerski dwór z zewnątrz.


Żaby w stawie pięknie koncertowały ale komarom nie dawały rady.

Taki sobie szczególik.



W oknie flaga komturstwa starogardzkiego.

Jezioro Szteklin.

Strzelnica - żółty Krzyżak, zielony Saracen i czerwony Rusin. Ta strzała w centrum piątki to moje dzieło - ma się oko.

      Pan Tadeusz to bardzo uprzejmy gospodarz. Zorganizował nam turniej łuczniczy - niestety maluch nie dały nam go dokończyć. Zaliczyliśmy strzelanie na stojąco, na kolanach, na leżąco, z półobrotu czyli na sposoby różnych dawnych ludów np. Scytów czy Partów. Było też strzelanie z konia - nawet mnie udało się wdrapać na Bułanka (trochę gorzej było z zejściem). Wieczory współczesny rycerz umilił nam ciekawymi opowieściami, nie tylko o wiekach średnich ale i o swoich własnych przygodach. Niezwykle zabawne były opowiadania o różnych słowiańskich potworach i złych duchach. Bestiariusz słowiański pan Tadeusz  na pewno ma opanowany na perfect. Każdy gość Rycerskiego Dworu powinien zaprosić gospodarza na kawę i posłuchać jego opowieści.


środa, 13 marca 2019

Wisłoujście

     Twierdza Wisłoujście zawsze będzie mi się kojarzyć z rejsem na "Swarożycu". W przystani AKM w pobliżu Twierdzy remontowaliśmy jacht, by przygotować go do wyruszenia na morze. W tamtych czasach (rok 1976) mogliśmy obserwować ten ciekawy obiekt tylko z zewnątrz, ponieważ był on zamknięty na przysłowiowe cztery spusty i nie można było wejść do środka. Zawsze ciekawiło mnie jak wygląda ona od środka więc ucieszyłam się, gdy została udostępniona do zwiedzania. 
     Historia Twierdzy jest niezwykle ciekawa i sięga średniowiecza. Krzyżacy utrzymywali w tym miejscu drewnianą warownię strzegącą wejścia do portu w Gdańsku. W 1482 roku wybudowano w tym miejscu ceglaną wieżę z latarnią a wokół wieży powstał wieniec artyleryjski. Twierdz Wisłoujście wielokrotnie była celem ataków - oblegał ją Stefan Batory, ostrzeliwali Szwedzi w czasie bitwy pod Oliwą, atakowały wojska rosyjsko-saskie, pruskie, napoleońskie. Przez pewien czas w XVII wieku Twierdza była bazą polskiej floty wojennej i świadkiem zatopienia polskich okrętów "Żółty Lew" i "Święty Jerzy". W XVII wieku na przeciwko Twierdzy wybudowano Szaniec Zachodni, który rozebrano pod koniec XIX wieku. Oba bastiony doskonale broniły wejścia do gdańskiego portu. Przez dwa wieki umocnienia te były doskonalone i rozbudowywane, ale w XIX wieku zadania obrony Wisły przejęły pruskie forty Westerplatte i Szaniec Mewi, więc obronna funkcja Wisłoujścia przestała się liczyć, zwłaszcza, że na wskutek naniesienia piasku przez rzekę Twierdza oddaliła się od brzegu morza o około 500 metrów. W 1974 roku Twierdza Wisłoujście przeszła pod zarząd Muzeum Historycznego Miasta Gdańska. Na południowym Bałtyku są tylko dwie takie twierdze (druga w Bałtijsku). Historyczna wartość Wisłoujścia jest tak duża, że trafiła ona na listę World Monuments Wacht - stu najbardziej zagrożonych zabytków na świecie. W 2009 roku władze Gdańska zdecydowały o częściowym odtworzeniu Szańca Zachodniego. Obecnie w Twierdzy znalazły swoje zimowisko liczne gatunki nietoperzy, co spowodowało uznanie Wisłoujścia za obszar Natura 2000. 
    Obecnie Twierdza Wisłoujście jest udostępniona do zwiedzania oraz na jej terenie odbywają się różne imprezy turystyczne. Po przejściu zakręconego tunelu bramy wchodzimy na teren fortyfikacji. Możemy tu oglądać budynki, w których zakwaterowani byli żołnierze oraz otaczające wieńcem wieżę kamieniczki oficerskie. W domu dowódcy fortu jest muzeum, w którym zgromadzono broń i różne przedmioty znalezione na terenie Twierdzy. Po wyjściu z domu dowódcy trafiamy na wewnętrzny dziedziniec, w którego centrum stoi wieża. W zewnętrznych fortyfikacjach możemy oglądać podziemia, w których w latach świetności fortu rozstawione były działa - w niektórych pomieszczeniach i na wale stoją dziś repliki dział.  Warto popodziwiać grubość murów Twierdzy oraz  przez wąskie okienka spojrzeć na otaczającą fortyfikację fosę. Można przespacerować się po koronie wałów oraz wejść na wieżę, z której rozciąga się panorama Gdańska. 
     Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym poście wykonałam w 2018 roku.

Strzelanie z hakownicy podczas jednej z imprez w twierdzy.
Jedno z pomieszczeń koszarowych.

Koszary były ciasne i ciemne. Zdjęcie zrobione z lampą błyskową nie oddaje ponurego charakteru tych pomieszczeń.

Podziemia Twierdzy.

W podziemiach można podziwiać grubość murów fortalicji.

Działa na koronie wałów.

Fosa otaczająca fort. 
W podziemiach można na chwilę przysiąść i podumać o umiejętnościach dawnych budowniczych.


Fosa i widok na jeden z elementów Twierdzy.

Dziś wody w fosie nie jest dużo i widać jej dno.

Można podziwiać precyzję w układaniu cegieł.

Fragment ekspozycji w domu dowódcy.

Mapa pokazująca położenie Twierdzy i Szańca Zachodniego nad Wisłą.

Kominek w domu dowódcy. 

Dziedziniec wewnętrzny wokół wieży.


Spacerek wokół wieży trwa zaledwie kilka minut.





wtorek, 12 marca 2019

Swarożyc - powtórzony i uzupełniony

Dowiedziałam się ostatnio, że koledzy z Politechniki Gdańskiej zgłaszali pretensje, że nie wspomniałam o nich w tym tekście, dlatego publikuję go raz jeszcze i uzupełniam. Bez studentów Politechniki nasz rejs nie doszedłby do skutku, bo także oni włożyli wiele pracy w przygotowanie jachtu do sezonu i uzyskania papierów umożliwiających wypłynięcie na Bałtyk. Po powrocie z rejsu im właśnie przekazaliśmy jacht i oni popłynęli w swój wymarzony rejs. Wybaczcie chłopaki sklerozę, a jeśli pamiętacie imiona uczestników waszego rejsu i jakieś z niego ciekawostki napiszcie proszę w komentarzu. Na końcu zamieszczam zdjęcia z naszego rejsu. Mam nadzieję, że nikt z jego uczestników nie obrazi się za opublikowanie swoje młodej twarzy.

SY "Swarożyc" to jednostka historyczna, znana z rejsu na Spitsbergen pod kap. Listkiewiczem. 


Jednak mnie zawsze będzie kojarzyć się z rejsem do Leningradu (obecnie Sankt Petersburg). Zanim wypłynęliśmy całą zimę i wiosnę remontowaliśmy jacht stojący w hangarze w przystani Twierdza Wisłoujście. 


Był to rok 1975 i 1976. W pobliżu przystani znajdował się port przeładunkowy Siarkopolu, tak więc przy odpowiednim kierunku wiatru zawiewało siarką do przystani i po całym dniu pracy na jachcie wracaliśmy do akademika z oczami czerwonymi jak u królików. Praca polegała na wyczyszczeniu i ponownym pomalowaniu jachtu oraz na pełnym przygotowaniu go do żeglugi w zamian za bezpłatne wyczarterowanie go na rejs. 
Większość załogi stanowili studenci oceanografii - ja, Basia, Ulka, Marek, Roman i Leszek, ponadto był z nami Marek z geografii, Lech asystent na fizyce, Klimek z prawa oraz Kapitan. Wypłynęliśmy w czerwcu 1976 roku. Był to wyjątkowo wietrzny czerwiec. Przez cały rejs mieliśmy bardzo dużą falę. Oczywiście jeszcze na Zatoce Gdańskiej oddaliśmy hołd Neptunowi. Najbardziej chorowała Basia, ale po przespaniu się w koi choroba morska odeszła w siną dal. Już na drugi dzień namierzyli nas Rosjanie i chyba przez całą drogę mili nas na oku. 
Płynęliśmy często wzdłuż brzegu, ale były i takie dni, gdy dookoła widoczny był tylko horyzont nieskażony żadnym kawałkiem lądu. 

Podobny obraz
Morze Bałtyckie i Zatoka Fińska (wikiwand.com)

U wejścia do Zatoki Ryskiej minęliśmy dwie wyłaniające się z gęstej mgły wyspy - były to Huma i Sarema - i wpłynęliśmy na Zatokę Fińską. W połowie tejże leży wyspa Gogland - wysoka, o stromych klifowych brzegach robi ogromne wrażenie wyłaniając się z morza. My oglądaliśmy ją we mgle wczesnego poranka. 


Następnie minęliśmy Kronsztad, na którym Rosjanie mieli wtedy największą na Bałtyku bazę marynarki wojennej.

Po pięciu dniach żeglugi wpłynęliśmy do portu w Leningradzie. Po spełnieniu formalności związanych z przypłynięciem do Związku Radzieckiego mogliśmy przybić do kei w przystani jachtowej. I tu  przywitało nas ogromne rozczarowanie - brak ciepłej wody w łazienkach, a że lato było dość chłodne zimna kąpiel nie należała do przyjemnych. Za to miasto białych nocy stało przed nami otworem. Oczywiście zaraz pierwszego dnia wyruszyliśmy na zwiedzanie. Klimek z poprzedniego rejsu miał numer pewnej Rosjanki  która zgodziła się oprowadzić nas po mieście. Pokazała nam Ermitaż i mszę w cerkwi oraz dzielnicę, z której wywieziono wszystkich prawie mieszkańców, bo odważyli się zakwestionować coś w ustroju socjalistycznym. Smutny to był widok - ogromne wieżowce zupełnie puste i brak ludzi na ulicach. Białe noce pozwoliły nam oglądać miasto także w nocy - tak oglądaliśmy cmentarz Piskariowskij poświęcony ofiarom blokady miasta w czasie II wojny.  Pięknie położony był dom Puszkina nad jednym z kanałów. Zresztą słusznie nazwano to miasto Wenecją północy - tak wiele w nim kanałów. Wrażenie robi duża ilość mostów zwodzonych, które otwiera się tylko w określonych godzinach w nocy. Piękny jest też Miedziany Jeździec. Oczywiście czas jaki spędziliśmy w Leningradzie był zbyt krótki żeby poznać to miasto - zaledwie kilka dni - ale ogólne wrażenie nie było zbyt pozytywne. Piękne pozłacane fasady i brudne, cuchnące podwórka. Kiedyś w busiku rozmawialiśmy ze starszym mężczyzną z Kazachstanu. Dowiedzieliśmy się od niego, że aby on mógł zobaczyć Leningrad jego syn musiał zrezygnować z wyjazdu do Moskwy. Nie mogli jednocześnie opuścić Kazachstanu - nie dostali paszportów w tym samym czasie. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że przemieszczanie się z republiki do republiki było możliwe tylko z paszportem, który był wydawany na czas określony.





Gdy wypływaliśmy z Leningradu zaczynał się sztorm. Ledwie wypłynęliśmy za główki portu, znajdujące się na końcu dość daleko wychodzącego w Zatokę, obudowanego falochronem kanału żeglugowego, z płynącego naprzeciwko holownika dostaliśmy ostrzeżenie o sztormie 9 w skali Beauforta i radę by zawracać. Zawróciliśmy więc i zatrzymaliśmy się za półkolistą ostrogą falochronu przy samym jego końcu. Powrót do miasta wiązałby się z ponownymi formalnościami związanymi z odprawą. Staliśmy tam trzy dni  i wtedy Rosjanie stracili nas z oczu. Oczywiście nie na długo, bo gdy znów wypłynęliśmy na Zatokę Fińską, po ustaniu sztormu, podpłyną do nas statek straży granicznej z pytaniem gdzieśmy się podziewali. Nasz Kapitan nieznający w ogóle rosyjskiego odpowiedział "My stali tri dnia kiele falochrona". Może Rosjanie to zrozumieli, ale my mieliśmy niezły ubaw.
Drugi postój mieliśmy w Tallinnie. Stolica Estonii jest bardzo pięknym miastem. Starówka Tallinnu  robi jeszcze większe wrażenie niż starówka Gdańska. Ma trochę średniowieczny charakter. Zdecydowanie bardziej podobało mi się to miasto niż Leningrad. 



Z Tallinnu wyruszyliśmy na zachód by od zachodniej strony opłynąć Gotlandię. Nie mieliśmy wizy szwedzkiej, a więc nie mogliśmy wpłynąć do Visby. Obejrzeliśmy więc sobie ten port tylko z morza. Ładnie wyglądał, choć tylko przez lornetkę można było zobaczyć coś więcej.



Opłynęliśmy Gotladię i skierowaliśmy się na południe. Jeszcze przy Gotlandii mieliśmy całkiem jasną noc a następna była już zupełnie ciemna, zwłaszcza, że było deszczowo i pochmurno. Ale widok Rozewia wzbudził w nas wspaniałe uczucie powrotu. Na wysokości Rozewia spotkaliśmy polskich rybaków, którzy rzucili nam na pokład kilka świeżo złowionych ryb - w życiu nie jadłam tak dobrych ryb. Nie tylko świeżość podkreślała ich smak - także miesiąc puszkowego jedzenia zrobił swoje. 


Po miesiącu rejsu wpłynęliśmy wczesnym rankiem do Gdyni, która z morz prezentuje się wspaniale. Był to rok 1976 i dopiero w porcie dowiedzieliśmy się o wydarzeniach w Radomiu i Ursusie. Beztrosko zostawiliśmy wszystkie zapasy tym, którzy przejmowali po nas jacht. Potem dowiedzieliśmy się o problemach z zaopatrzeniem i kartkach na cukier. Rejs był wspaniały, "Swarożyc" dzielny a my pełni wrażeń rozjechaliśmy się do domów. Szkoda, że to się nie wróci.