wtorek, 24 listopada 2015

Bergen - Svartediket


Svartediket to sztuczne jezioro położone w dolinie pomiędzy Floyen a Urliken prawie w samym centrum Bergen. Svartediket zwane było w dawnych czasach Ålrekstadvannet. W oparciu o jezioro w 1855 roku zbudowano pierwszy nowoczesny wodociąg w Norwegii, który prowadził wodę pitną do wszystkich gospodarstw domowych w mieście. Obecnie woda pitna gromadzona jest na głębokości 28 m i po uzdatnieniu przesyłana do, w którym gromadzi się wodę pitną. Nowa stacja uzdatniania wody została otwarta w 2007 roku. Na powierzchni znajduje się tylko budynek administracyjny, reszta jest ukryta w zboczu Urliken. Informacje te znalazłam na Wikipedii oraz korzystałam z googlowego tłumacza. Jeżeli coś napisałam nie zgodnie z prawdą, to znaczy, że nie zrozumiałam tłumaczonego tekstu. Niestety tłumacz Google jest niedoskonały, a tłumaczenia na polski wychodzi mu dość topornie.
Na spacer nad Svartediet wybraliśmy się w niedzielne popołudnie. Pogoda była dość sprzyjająca, bo nie padał deszcz i tylko trochę wiało. Tama robi solidne wrażenie, choć dom mieszkalny stojący tuż pod nią już niekoniecznie. Chyba nie chciałabym tam mieszkać, bo zawsze miałabym w głowie wizję katastrofy, która pewnie nigdy się nie zdarzy, ale filmy katastroficzne pozostawiają jednak w głowie jakiś ślad. Na zdjęciach oglądanych w domu widzieliśmy ludzi spacerujących po tamie, niestety gdy my tam dotarliśmy wejście na tamę było zamknięte. Nie było też żadnej informacji na temat jego otwarcia. Pozostał nam tylko spacer nad jeziorem. Ścieżka spacerowa prowadzi pomiędzy Swatrediket, a stromym zboczem Floyen. Od strony Urliken nie ma dojścia nad jezioro. Zbocza Urliken miejscami prawie pionowo opadają ku jezioru. W kolorach jesieni trasa wygląda bardzo malowniczo. Porośnięte lasem góry, liczne wychodnie skalne, porośnięte mchem kamienie jak trolle z filmu "Frozen", liczne miniwodospady i panorama otaczających dolinę gór stanowią o urodzie tego miejsca. Dzieciaki miały okazję się wybiegać w bezpiecznym miejscu, bo ścieżka jest przystosowana do spacerów z małymi dziećmi. Spora ilość ludzi skorzystała z ładnej pogody, by też pospacerować nad jeziorem lub potraktować je jako punkt wypadowy na wyprawę w góry. Piękna przyroda, naturalny krajobraz i cisza, mimo bliskości miasta sprawią, że jest to doskonałe miejsce do wypoczynku. 
Pod tamą usytuowano niewielki kompleks sportowy. Są tam boiska do kosza i mini piłki nożnej, tor dla rolkarzy i batut (trampolina). Jadzia oczywiście musiał skorzystać z tego ostatniego i wyskakała się do woli. Spora grupa dzieciaków korzystała z tego miejsca, a niektórzy na batucie odstawiali niezłe akrobacje.

Woda ze Svartedike spływa do niewielkiej rzeczki płynącej w kierunku fiordu.

Pod tamą znajduje się parking, dla wyruszających na wycieczkę nad jezioro.

Jezioro utworzono w dolinie górskiej.  Takie położenie zapewnia niezapomniane widoki.

Zbocza Urliken stromo opadają ku wodzie.

Czasami są to pionowe urwiska.

Liczne miniwodospady urozmaicają krajobraz.

Góry w głębi prezentują się imponująco. 

Szczyt Urliken wznosi się na pond 600 metrów nad poziom morza.


Pomiędzy drzewami przemykają się wartkie, górskie potoki.

Tuż za jeziorem rozciąga się miasto.

Niektóre domy stoją tuż pod tamą. 
Szmer wodospadów mile brzmi dla ucha.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Bergen - listopad

Postanowiłam zabrać Hirka do Norwegii, bo nie mógł się doczekać spotkania z Jadzią. Bergen przywitało nas iście "bergeńską pogodą" - pochmurno i deszczowo było przez prawie cały pobyt u Jacków. Wylatywaliśmy z Gdańska też w chmurach i nie mogliśmy podziwiać świata pod nami. Dopiero pod koniec lotu, nad środkową Norwegią trochę się przejaśniło i naszym oczom ukazały się Góry Skandynawskie. Na niektórych nawet lśniły w słońcu lodowce. Z wysokości kilku tysięcy metrów widok był imponujący i wspaniały. Niestety nie przygotowałam sobie wcześniej aparatu i nie zdążyłam zrobić zdjęć.
Dwa tygodnie w Bergen spędziłam dość leniwie, bo nie chciałam wychodzić z Hirkiem przy wybitnie niesprzyjającej pogodzie, a i Zosi nie chciałam obciążać opieką nad nim. Zaliczyliśmy wjazd kolejką na Floyen, oglądanie statków cumujących w porcie i armat w Bergenhus, spacer nad Svartediket, wyjazd na Sotrę i park w Gamlehaugen. 
Nawet przy nieciekawej pogodzie Bergen wygląda ładnie. Bergen - drugie co do wielkości miasto Norwegii zostało założone w drugiej połowie XI wieku przez króla Olafa III. W średniowieczu było siedzibą hanzeatyckiej faktorii, która mieściła się w Bryggen. Położenie miasta warunkuje jego klimat. Miasto wybudowane na wybrzeżu omywanym ciepłym Prądem Zatokowym prawie przez cały rok ma temperatury powyżej zera. Ponadto znajdujące się w pobliżu góry powodują, że chmury deszczowe zatrzymują się nad miastem i dzięki temu jest ono najbardziej deszczowym miastem Europy. Dane z pomiarów klimatologicznych wykazują, że pada tam przez 235 dni w roku. Mieszkańcy Bergen już się do tego przyzwyczaili i specjalnie im to nie przeszkadza. Wiedzą jak należy się ubrać na taką pogodę. Na ulicach miasta znacznie łatwiej jest spotkać kobietę w kaloszach niż w szpilkach, a eleganckie płaszczyki zastępują nieprzemakalne, workowate kurtki. Nie mniej można też spotkać, nawet w listopadzie ludzi biegających lub jeżdżących na rowerach w strumieniach deszczu z gołymi nogami - brrrr. 
Góry otaczające miasto nie są wysokie. Jest to 500 - 600 metrów nad poziomem morza, ale gdy weźmiemy pod uwagę, że miasto położone jest prawie na poziomie morza, to już trochę zmienia to skalę. Strome, niemalże urwiste zbocza gór dominują nad miastem. Liczne strugi niewielkich, jak na norweskie warunki,  wodospadów przecinają ich zbocza. Dla nas każdy najmniejszy nawet wodospadzik był nie lada atrakcją. Hirek z zachwytem wpatrywał się w spadającą z szumem wodę i ginącą w szczelinach skalnych. Nagie skały widoczne są wszędzie, niżej pomiędzy drzewami, a na wierzchołkach gór pomiędzy trawami i licznymi porostami. Na tych szerokościach geograficznych roślinność na wysokości 500 metrów nad poziomem morza odpowiada mniej więcej roślinności w Tatrach na wysokości 1500-1800 metrów. Jest więc uboga i mało różnorodna. 
Oczywiście z Hirkiem nie chodziłam po górach, ale wjechaliśmy na Floyen by mógł przywitać się z rezydującym tam trollem i wyszaleć się na ogromnym placu zabaw, przygotowanym z myślą o dzieciach w różnym wieku. Najbardziej podobał mu się wjazd na górę naziemną kolejką linową. 


Kolejka na Floyen. W dole fiord i część portowa miasta.

Bergen i otaczające je góry w chmurach i lekkiej mgiełce. To norma w tym mieście.

Strome zbocze Urliken w jesiennych barwach. Piękne, drewniane domy wspinają się wysoko w górę.

Obfitość opadów powoduje powstawanie licznych wodospadów. Niektóre są niewielkie i giną pośród traw.

Powyżej linii drzew dominują nagie skały.

Także pomiędzy drzewami liczne są wychodnie skalne.

Niektóre wodospady choć wąskie przecinają zbocze górskie prawie na całej wysokości.

Mimo połowy listopada mchy i paprocie jeszcze się zielenią. 


Wczesnym popołudniem już zaczyna się zmierzch. Wszystko nabiera wtedy specyficznego kolorytu.

piątek, 30 października 2015

Irlandia XI

Po opuszczeniu Ashford Castle ruszyliśmy w kierunku Connemary. Jest to kraina geograficzna w zachodniej Irlandii rozciągająca się w hrabstwach Galway i Mayo. Nazwa pochodzi od grup plemiennych Conmacne Marine, które we wczesnym średniowieczu zamieszkiwały te tereny. Na terenie Connemary znajduje się Park Narodowy Connemara. Klimat nie jest tu zbyt sprzyjający człowiekowi, bo wysoka wilgotność, niezbyt wysokie temperatury i częste wiatry powodują, że rzadko świeci tu słońce, a mgły i opady są na porządku dziennym. Doświadczyliśmy tych pierwszych i niestety wszystkie najpiękniejsze miejsca regiony oglądaliśmy za mglistą zasłoną. Powszechnie mówi się, że jest to najbardziej dzika część Irlandii. Teren jest słabo zaludniony, a w górach na na torfowiskach łatwiej spotkać pasące się owce niż człowieka.Owce chodzą tam samopas i nie rzadko spacerują po drogach, Na szczęście ruch samochodowy też nie jest w tych terenach zbyt intensywny, więc wypadki nie zdarzają się zbyt często. Paweł raz musiał gwałtownie hamować z powodu spacerującego po szosie barana, nie widocznego zza ostrego zakrętu. Conemara to kraina górzysta - Maamturk Mountains i Twelve Bens to pasma wzgórz ciągnących się przez tę krainę. Podobno upodobali je sobie amatorzy rozrywek ekstremalnych i dokonują jednorazowego przejścia przez wszystkie wzgórza danego pasma. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że nie ma tu szlaków turystycznych i drogę należy wybierać sobie samemu wędrówka nabiera trochę pionierskiego charakteru. Najwyższy szczyt Maamturk - Barrslievenoroy (Binn Idir an da Log) wznosi się na na wysokość 702 m. Należy jednak pamiętać, że w Conemarze wspinając się na jakikolwiek szczyt wyrusza się prawie z poziomu morza, a więc należy pokonać taką wysokość, jaką szczyt ma w rzeczywistości. Kumulacja Twelve Benns -  Doughraugh ma wysokość 526 metrówm nad poziomem morza. Wędrówkę przez wzgórza utrudniają głębokie doliny i przełęcze pomiędzy poszczególnymi szczytami. Ja nie jestem amatorem ekstremalnych rozrywek więc poprzestałam na wycieczce samochodem pomiędzy nimi. Może gdyby czas na to pozwolił zdecydowałabym się wejść, jak zwykle we własnym tempie na jedno czy dwa wzniesienia i na pewno sprawiłoby mi to wielką frajdę, ale tydzień w Galway nie wystarczył nawet na to żeby dokładnie poznać miasto i okolicę, a co dopiero mówić a wędrówka po górach. W Connemarze znajduje się też jedyny irlandzki fiord Killary Fjord. Ma on 16 km długości i maksymalną głębokość 45 m. Leży on w strefie dość wysokich pływów więc w porze odpływu jego końcowy odcinek bywa znacznie odkryty i staje się wspaniałym miejscem dla poszukiwaczy  morskich skarbów. Ja przywiozłam stamtąd muszlę ostrygi. Północna strona fiordu jest trudno dostępna, a z brzegu południowego można zobaczyć najwyższe wzniesienie Connemary i całej prowincji Connacht - Mweerlea (814 m n.p.m.). Nad brzegiem Killary Fjordu zobaczyłam coś, co niezwykle mnie zaintrygowało - drzewka przystrojone kolorowymi szmatkami. Usiłowałam znaleźć w iternecie jakieś informacje na ten temat, ale po polsku nie znalazłam, a jeżeli jest coś po angielsku, to nie potrafiłam od czytać. Jestem niezmiernie ciekawa jaki to zwyczaj i z czym on się wiąże. Biorąc pod uwagę, że Connemara jest regionem o bardzo tradycyjnych obyczajach strojenie drzewek może mieć nawet celtyckie korzenie. Liczne jeziora dodają uroku tej tajemniczej krainie. Miasteczka na jej obrzeżach wyglądają jak większość irlandzkich miasteczek, nie wyróżniając się niczym szczególnym.
Na pożegnanie z Irlandią zostawiam Was szanowni czytelnicy z pięknymi, choć trochę zamglonymi widokami Connemary. Większość zdjęć robiłam przez szybę z jadącego samochodu więc może są one dalekie od doskonałości, ale oddają piękno i charakter "najdzikszej części Irlandii".