poniedziałek, 5 maja 2014

Norweskie wspomnienia III

W niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę do Rjukan. Wyruszyliśmy na zachód w kierunku Notodden. Droga wiedzie przez góry (jakżeby inaczej w Norwegii) i obfituje w ciekawe widoki. Przydrożne skały, most kolejowy przerzucony między dwoma zboczami, jeziorko odbijające w swej tafli góry, górska rzeczka z brzegami spietymi drewnianym mostkiem to tylko niektóre atrakcje tej drogi. 


















































Znaleźliśmy się w Telemarku - regionie Norwegii rozsławionym przez skoczków narciarskich (tak nazywa się prawidłowy sposób lądowania po skoku). Za Notodden dolina trochę się rozszerza i góry oddalają się od drogi. Po lewej stonie minęliśmy jezioro Heddalsvatnet, na którym w zachwyt wprowadziły Jacka pływające żaglówki. Po prawej dojrzeliśmy drewniany kościół w Heddal. Kościół został wybudowany w 1242 roku. Zwany jest drewnianą katedrą. Heddal stavkirke jest najstraszą w Norwegii budowlą klepkową (słupową). Dwa lata temu oglądaliśmy go ze wszystkich stron z zewnątrz, ale nie mogliśmy obejrzeć wnętrza, bo sezon turystyczny rozpoczyna się tam trochę póżniej.








Kawałek za Heddal w Orvella skręciliśmy na północ. Za drogowskaz służyły nam ośnieżone szczyty. Kierowaliśmy się ku jezioru Tinnsja.  Trzecie, co do głęboości (190 m) jezioro w Europie, długie  ponad  30 km, leży na wysokości 190 m n.p.m.. Droga wzdłóż jeziora obfituje w niesamowite widoki i warto zatrzymać się, co jakiś czas aby podziwiać okolicę. Pierwszy postuj zapewniła nam Jadzia, bo dopadła ją choroba lokomocyjna. Wysiadłam z samochodu i wydałam okrzyk zachwytu, podobnie było z Jackiem i Zosią. Było czym się zachwycać - po stromym zboczy przylegającym do drogi spływał niewielki wopdospad, urywający się kilka metrów nad drogą - nie było widać jak spadająca woda została skierowana pod drogą do jeziora. Wspięliśmy się z Jackiem kawałek pod górkę stromą, zarośniętą drogą ale nie wypatrzyliśmy jak wodospad się kończy.
Gdy odwróciliśmy się by zejśc z góry naszym oczom ukazał się następny zapierający dech w piersiach widok - po drugiej stronie jeziora otwierała się głęboka dolina pomiędzy dwoma zalesionymi górami, a z niej do jeziora spływala spieniona, górska rzeka.




Rozprostowaliśmy nogi, Jadzia poczuła się lepiej i mogliśmy wyruszyć w dalszą podróż drogą przyklejoną do stromego zbocza nad brzegiem jeziora. Czasami tylko wjeżdżaliśmy między urwiste skały. Przed nami lśnił w słońcu ośniezony wierzchołek Gaustatoppen.




  


Jezioro Tinnsja znane jest w historii Norwegii. To w nim partyzanci norwescy, zawani bohaterami Telemarku, w 1944 zatopili prom z ładunkiem ciężkiej wody produkowanej przez Niemców w pobliskim Rjukan. Długie, wąskie jezioro połozone w głębokiej górskiej dolinie otoczone jest stromymi górami, które jak w lustrze odbijają się w jego tafli. Głęboki błękit wody, różne odcienie zieleni na górskich stokach, biel wierzchołków i jasno niebieskie niebo stanowią  piękną kompozycję kolorystyczną. 
Wzdłóż jeziora jedzie się dość długo. Z prawej strony jezioro, z lewej strome zbocze z licznymi wodospadami są nie lada atrakcją, dla nie przyzwyczajonego do takich widoków oka przeciętnego Poaka. Nasze góry też są piękne, ale inne. W Górach Skandynawskich zachwycają strome zbocza i dość płaskie wierzchołki czyli fieldy. Wystające na zboczach urwiste skały - to niezapomniane wrażenia. To trzba obejrzeć - same słowa nie wystarczą.










Przy północnum krańcu jezioro rozszesza się i dzieli na dwie odnoggi, my pojechaliśmy wzdłuż krótszej w kierunku zachodnim, do Rjukan, dlektując się widoczną  na wprost Gaustatoppen (1883 m n.p.m.) i ogromnym wodospadem spływającym po jej zboczu (104 m wysokości)







Rjukan to bardzo ciekawe miasteczko. Powstało około 100 lat temu w głębokiej, wąskiej górskiej dolinie w związku z wybudowaną tam elektrownią. Od południa osłania ją masyw Gaustatoppen, od północy masyw Overland. Ponieważ przez pół roku do miasteczka nie dociera światło słoneczne - zasłania je Gaustatoppen, na zboczu przeciwległej góry zainstalowano lustra odbijające światło. W zimie w centrum miasteczka miejscowa ludność może cieszyć się odbitym światłem słonecznym, latem w zdumienie wprawiają podwójne cienie. Stojąc twarzą do słońca można obserwować przed sobą swój własny cień. Pomysł zamontowania luster miał około stu lat, ale został zrealizowany dopiero w październiku 2013 roku. W słoneczne dni dają one wrażenie drugiego słońca.











W centrum miasta znajduje się kamienny kościół. Samo miasteczko to niewielkie domki zbudowane wzdłóż drogi, nad brzegiem górskiej rzeki. Po stromych zboczach nad miastem spływają liczne wodospady - wąskie i długie. Od zachodu najlepiej widać jak wąka jest to dolina. Wprawdzie nie widać z tych ujęć miasta, ale ono jest pomiędzy widocznymi na zdjęciu zboczami, a nad wszystkim góruje ogromna z tej perspektywy Gaustatoppen.





Na Gaustatoppen można wejść, ale o tej porze roku byłoby to trudne. Poza tym byliśmy z dziećmi i nie w głowie było nam zdobywanie szczytów. Krętą drogą wjechaliśmy na górę, w okolice centrum narciarskiego. Pstryknęliśmy fotkę górze i wodospadom, ruszyliśmy w stronę domu. Wycieczka obfitująca w mnóstwo wrażeń trwała cały dzień, z czego większość w samochodzie, ale było watrto. Polecam wszystkim takie atrakcje.





niedziela, 4 maja 2014

Wielki diament


Wielki diament
Joanna Chmielewska 


Pozycja godna polecenia każdemu miłośnikowi prozy Joanny Chmielewskiej. Jak zwykle napisana jest świetnym językiem, z dużą dozą humoru i specyficznym spojrzeniem na świat. W tej dwutomowej opowieści akcja zaczyna się w pierwszej połowie XIX wieku, a kończy wspólcześnie. Główny bohater - czyli ogromny diament ze specyficzną skazą dzielącą go na dwie jednakowe części na przemian gubi sie i znajduje, jest kradziny i w przemyślny sposób chowany, ale głownie towarzyszy kobietom i to one, z małym wyjątkiem, kradną go, szukają, chowają i znów szukają. Oczywiście jak to u Chmielewskiej kobiety sportretowane są z całą znajomością kobiecej natury. Są różne, ale i bardzo podobne do siebie. Jest to rónocześnie historia kilku arystokratycznych rodzin z Anglii, Francji i Polski, które związane są z diamentem. Przez mariaże są one spokrewnione ze sobą i dbają o rodzinne pamiątki. Jak to u Chmielewskiej są też wątki kryminalne, ale nie dominują nad całością. Akcja jest wartka i wciąga tak, że trudno oderwać się od książki. Postacie sportretowane lekko, ale z doskonałą znajomością człowieka. Chmielewska nie rozdrabnia się na opisywanie krajobrazów, czy budynków - przowadzi akcję przez kolejne lata i opisuje dzieje rodzin ściśle związanych z diamentem. Przez to uzyskuje doskonały efekt i pobudza ciekawość czytelnika. 

Norweskie wspomnienia II

Wybrałyśmy się z Zosią na spacer w najbliższą okolicę. Voldenveien w Skollenborgu to dość długa ulica z niezbyt gęstą zabudową, ale widoki z niej są wspaniała. Ze wszystkich stron widoczne są góry. W zależności od miejsca i strony, w która się człowiek obróci można oglądać masyw Jonsknuten lub Skrimfjella oraz wierzchołki dominujące nad Kongsbergiem, a wszystko przy szumie rwącej, górskiej rzeki Delselva, spływającej głęboką doliną do Lagen. 







W domu na wprost mieszkają Zosia z Jackiem.

W krajobraz pięknie wkomponowana jest drewniana zabudowa. Nawet szkoła jest drewniana, a kurnik ma klasyczny norweski kształt, choć wcale nie musi być stary. Odnoszę wrażenie, ze Norwedzy są zdecydowanymi tradycjonalistami. Mieszkają w drewnianych domach, posyłają dzieci do drewanianych szkół, często w niedzielę chodzą do drewnianych kościołów (ten na zdjęciu jest murowany, ale wieżyczkę ma drewnianą) i od święta ubierają się w tradycyjne stroje, bogato zdobione haftem i kolorowymi wstążkami. 


Stroje narodowe są używane w Norwegii nie tylko od wielkiego święta, ale służą na coniedzielne wyjście do kościoła, na wszystkie uroczystości rodzinne i święta narodowe. Jest to zdecydowanie świetny sposób na oszczędności - nie trzeba na każde wesele w rodzinie kupować nowej sukni, bo wiadomo że wszystkie panie i większość panów ubierze się w stroje narodowe. Podoba mi się taki sposób kultywowania narodowych tradycji. 

sobota, 3 maja 2014

Kochanek dziewicy




Philippa Gregory
Kochanek dziewicy

Trzecia część cyklu tudorowskiego Philippy Gregory okazała się jak narazie najsłabsza. Historia romansu Elżbiety I z Robertem Dudleyem napisana jest dość rozwlekle, a główne postacie dramatu nieprzekonywujące. Dążący do władzy i królewskiego tytułu Dudley nie osiąga swego celu, troche na własne życzenie. Elżbieta wytrwale dążąca do tronu nagle gubi gdzieś swoją ambicję i dla wątpliwego romansu naraża na szwank swą pozycję. Jedyną naprawdę żywą postacią jest William Cecil - sekretarz królowej, który wie po co znalazł się na dworze i jakie jest jego zadanie. 
Namalowany przez Philippę Gregory portret Ężbiety kłóci się z tym, co czytałam o niej do tej pory. Nie jest to ta zdecydowana na wszystko królowa, dążąca do podniesienia potęgi Anglii, ale jakaś niedoświadczona pannienka, która nie wie jak poradzić sobie z natrętnym amantem. Elżbieta tak sportretowana zdecydowanie mi się nie podoba - jest słaba i nie bardzo wie po co siedzi na tronie. Już lepszy jest portret Amy, żony Dudleya zdającej sobie sprawę z zagrożenia dla niej i jej małżeństwa jakie niesie romans Roberta z królową i szukanie pociech w Kościele.
Całość jest momentami nudnawa. Nie ma wciągającej akcji i urzekających postaci, jak w poprzednich tomach cyklu. Zwroty akcji są przewidywalne, a główni bohaterowie nie wzbudzają żadnych emocji. Ciekawe jakie będą następne tomy cyklu. 

Norweskie wspomnienia I

Do Jacka leciałam tym razam Ryanair'em, który ląduje na lotnisku Oslo Rygge. Lecąc z Gdańska miałam miejsce z "pasjonującym" widokiem na skrzydło samolotu i z dala od okna, więc mimo dośc ładnej pogody nie uało mi się zrobić żadnych zdjęć. Na lotnisku czekał na mnie komitet powitalny złozony z całej rodzinki. Ucieszyłam się widząc ich wszystkich. Dawno ich nie widziałam więc z radością uściskałam, zwłaszcza wnuki. Jaś trochę się rozpłakał, więc Jadzia wyjaśniła mu, że babci nie trzeba się bać. Potem wyruszyliśmy do domu, do Skollenborga. Ponieważ Rygge jest po wschodniej stronie Oslofiordu musieliśmy przeprawić się przez fiord promem. Trasa promu prowadzi z portu w Moss do Horten - promy pływające na tej trasie zostały zbudowane w Gdańskiej Stoczni Remontowej (więc nie wypadliśmy sroce spod ogona i polskie produkty stoczniowe pływaja w znanej z przemysłu stoczniowego Norwegii). Oczywiście musiałam zrobić parę fotek Oslofiordu i licznych na nim wysepek. 







Na fiordzie ruch był umiarkowany. Kilka żaglówek, płynący z naprzeciwka prom z Horten, z daleka obserwowaliśmy jakiś prom Stena Line, nie wiadomo skąd płynacy do Oslo. 
Dzień był pochmurny więc widoki też lekko zamglone. Z Horten do Skollenborga przejechaliśmy dość szybko i wreszcie mogłam zobaczyć nowe mieszkanie Jacka i Zosi. Bardzo mi się spodobało - duże, przestronne, jasne i ciepłe. Jedyną wadą jest to, że z podwóka wchodzi się bezpośrednio do salonu. Zosia ładnie odgrodziła wejście regałem i w ten sposób powstał mały przedpokój. Dom z zewnątrz nie zapowiada tak ładnego wnętrza.